Translate

niedziela, 9 czerwca 2013

Chapter 1 : HELP ME! HELP ME!!! ~ Poppey South

        -Co ja teraz zrobię? Co ja teraz zrobię? - mówiłam chodząc w tą i z powrotem po pokoju.
        Gdybym tylko miała jego numer... Niestety nie mam. Jeśli wystawie go do wiatru pomyśli, że go nie lubię. A nie mogę iść, bo to najważniejsze spotkanie w życiu mojej mamy.
        Jestem pewna, że nikt z moich znajomych nie ma jego numeru. Przyjaźnie się właściwie tylko z Jen. Ona na pewno nie miała jego numeru. Wszystkich chłopaków trzymała raczej... Na dystans. Nawet szkolnego przystojniaka do którego wzdychają prawie wszystkie dziewczyny. Ale nie ona.
        -PRZESTAŃ MNIE DENERWOWAĆ! - krzyknęła moja mama wciąż stojąc w drzwiach. -Wytłumaczysz mu wszystko w poniedziałek w szkole. - powiedziała odrobinę spokojniej.
        -Masz racje. Będzie dobrze. - powiedziałam z zatrzaśniętą szczęką.
        Próbowałam się przekonać. Jednak to nie było takie łatwe. Co ja mam mu niby powiedzieć. "Sory, że nie przeszłam, ale były sprawy ważniejsze" a kiedy spyta "Jakie?" To pomimo tego, że pewnie i tak będzie mu już przykro, powiem "Wszystkie" bo moja mama zabrania mi mówić o jej pracy w szkole, a ja na nic innego nie wpadnę. Nawet ja nie wiem kim moja mama jest z zawodu. Wiem tylko, że robi coś w marketingu i księgowości.
         Gdy byłyśmy już przed jakimś dziwnym wielkim szklanym wieżowcem (na miejscu) byłam totalnie załamana. Dochodziła 16:00. Moje ręce zaczęły lekko drżeć.
         -Gotowa? - spytała moja mama kiedy wchodziłyśmy do środka.
         -Tak. - powiedziałam bez przekonania.
         Spytałam recepcjonistkę gdzie mamy się udać. Podała nam piętro i numer pokoju.
         -Winda jest o tam. - powiedziała wskazując palcem na drzwi od windy znajdujące się na przeciwko recepcji. -Do widzenia i życzę miłego dnia.
         W windzie unosił się zapach nowego samochodu i męskich perfum. Nic dziwnego. Jedyna kobieta pracująca w tej firmie jaką widziałam, to recepcjonistka. Wszyscy inni pracownicy to kasiaści posiadacze bugatti i mercedesów.
         -Ósme. Wychodzimy. - oznajmiła moja mama.
         Bez słowa doszłyśmy do sali w której miało odbyć się spotkanie.
        -Good Afternoon. - powiedział łysy facet w fioletowym garniturze z czerwoną muchą.
        Wszyscy w pokoju wstali. Wszyscy czyli ten łysy koleś, inny siwy, w zwykłym, czarnym garniturze oraz kobieta w średnim wieku która najbardziej przykuła moją uwagę. Miała wielkie okulary w grubych, zgniłozielonych oprawkach. Do tego miała niebieską koszulę i jaskrawo różową spódnice do ziemi.
        -Good Afternoon. - odpowiedziałam kiedy podawałam rękę każdemu z nich.
        Moja mama z pewnym zakłopotaniem przytakiwała robiąc to co ja.
        -Well, I think we can start.- powiedziałam.
***Po spotkaniu***
        -Wiesz, chyba się już zdecydowałam. - powiedziała moja mama podczas kolacji. -Wibieram firmę tej kobiety. Ma wyższe wynagrodzenie. Dostane dom blisko centrum
        -Ale wynagrodzenie tego od pracy w naszym mieście jest wyższe.
        -No tak. Ale miałabym daleko do pracy.
        -No ale... Przecież... To jest w Brighton. - powiedziałam z załamującym się głosem.
        -A ten w fioletowym to... Źle mu z oczu patrzę. Poza tym nie proponuje niczego nadzwyczajnego. - powiedziała sucho.
        -Ale przecież jak się przeprowadzimy, to wtedy będę musiała zostawić Jen! - powiedziałam z łamiącym się głosem.
        -Oh, nie dramatyzuj. Znajdziesz sobie nowe koleżanki. Będzie dobrze. - powiedziała poddenerwowanym głosem i wyszła z jadalni.

sobota, 8 czerwca 2013

Chapter 0 : Flame ~ Poppey South

        "Dryyyyyyyyy" - usłyszałam dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Westchnęłam z ulgo bo to oznaczało koniec lekcji matmy.
        -No cóż. Więc, będę łaskawa, nie macie pracy domowej. - powiedziała pani Anderson. Zawsze bardzo ją lubiłam. Aż szkoda, że uczy matmy a nie na przykład przedmiotu który wszyscy lubią. Tak jak ją. No nie wiem. Może W-F albo muzykę. Na prawdę nic nie przychodzi mi do głowy. -Więc, wesołych świąt. - powiedziała wesoło się uśmiechając.
         Pani Anderson odstawała od innych nauczycielek. Miała krótkie, czarne włosy które odstawały jej w każdą stronę.  Była dość niska. Nosiła okulary które sprawiały, że wygląda jeszcze bardziej zabawnie. Chyba każdy ją lubił. No może oprócz Daisy.
         Daisy jest zagrożona z matmy. Wydaje mi się, że to jedyny powód. Choć wszyscy inni zagrożeni ją lubią.
         Wzięłam głęboki wdech. Do moich nozdrzy dostał się cynamonowy zapach moich perfum. Nie chciało mi się pakować.
         -Hey, Poppey! - usłyszałam wołanie zza pleców. W moją stronę szedł chłopak w którym bujało się pół szkolnej populacji dziewczyn. W tym ja.
         -Cześć Lucas. - powiedziałam nieśmiało się uśmiechając.
         -Cześć. - odpowiedział. -Nie pakujesz się?
         Jak potulny piesek zaczęłam chować książki do mojego plecaka.
         -Ok. - powiedziałam ruszając w stronę wyjścia. Lucas szedł tuż obok mnie.
         -Masz może jakieś plany na jutro? Bo tak sobie pomyślałem, że może moglibyśmy, oczywiście jeśli byś chciała, wyskoczyć gdzieś razem. - powiedział uwodzicielsko. Był właśnie z tego znany. Lekko nieśmiały lecz stanowczy głos był jego kluczem do dziewczęcych serc.
         -Podoba mi się ten pomysł. - powiedziałam szeroko się uśmiechając.
         -Więc o której? - spytał.
         -Zależy gdzie chcesz iść. - odpowiedziałam starając się naśladować jego ton. Jednak nie za bardzo mi wychodziło.
         -Co powiesz na kino?
         -To do zobaczenia o 16 obok świata czekolady. - powiedziałam i zniknęłam w tłumie.
         Po powrocie do domu nadal nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Sam Lucas Smith zaprosił mnie na randkę.
         Zaczęłam przeszukiwać moją szafę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. W końcu wygrzebałam to:
        -Widzę, że pamiętałaś. - usłyszałam głos mojej mamy.
        Lekko drgnęłam z zaskoczenia.
        -Ale o czym? - zdziwiłam się.
        -No o moim spotkaniu o pracę. - powiedziała jakby to było oczywiste.
        Dopiero teraz spojrzałam na moją mamę. Była ubrana tak:
        -Ładnie wyglądasz. - powiedziałam. To ja kupiłam mojej mamie tą bluzkę.
        -Bo to bardzo ważne spotkanie. Nie mogę uwierzyć, że zapomniałaś. - powiedziała z dezaprobatą. -Jeśli dostane tę prace, nasze życie ulegnie wielkiej zmianie. Możliwe, że większej, niż dotychczas. - powiedziała poważnie.
        Nie wierzyłam jej. Nasze życie przewróciło się do góry nogami kiedy przeprowadziliśmy się do Cardiff. Mama nie potrafiła wtedy zbyt dobrze mówić po angielsku. A w sumie, nie ma co się oszukiwać. Nie potrafiła wcale. Nie ruszała się z domu. Żyłyśmy tylko z alimentów i z tego, co nasi sąsiedzi dawali mi za opiekę nad ich noworodkiem.
        Przeprowadziłyśmy się do Walii w poszukiwaniu nowego, lepszego życia. Na początku było wręcz odwrotnie. No ale cóż. Było, minęło. Teraz moja mama ma propozycje pracy w Brighton, London i drugą, podobno lepszą w Cardiff. Może się to wydawać dziwne, ale do każdej z tych prac, wcale nie jest potrzebny jej język angielski, tylko rosyjski. Czasem polski. Najrzadziej angielski. 
        Właśnie dlatego muszę iść z moją mamą na spotkanie. Będę tłumaczyć. Na dodatek za darmo.